nieruchomoscipodlaskie.pl

Wywiad z Marcinem Radzajem: Everest od dawna siedział mi w głowie

Przygoda życia

ej i prawej masz przepaść. A to spoko, no zupełnie normalne –  odpieram sarkastycznie i oboje wybuchamy śmiechem.
– Hahaha, myślę, że gdybyś przeszła ten odcinek to byś inaczej na to patrzyła.

– O nie, ja mam taki lęk wysokości, że nawet bym do tej przepaści nie podeszła!
– Ja też mam lęk wysokości! Wspinacze mówią, że na wysokości wszyscy czujemy to samo. Tylko psychopaci nic nie czują. Więc generalnie, kto tam stanie, to nie ma znaczenia.

– Okej… – Kiwam głową z nutą niedowierzania.
– Z czasem, jak nabierasz doświadczenia, uczysz się go [strach] ignorować, radzić sobie z nim. Wiadomo – im większa ekspozycja na wysokość, tym lęk się zmniejsza, ale nigdy nie znika.

– Rozumiem. Z kim przygotowujesz się do Everestu ?
– Myślę, że tutaj w Białymstoku są to osoby znane w środowisku wspinaczkowym, bo przygotowuję się stacjonarnie na Flashu, na Przędzalnianej. W przygotowaniach towarzyszy mi Mateusz i Ewa. To oczywiście nie są himalaiści, to są specjaliści stricte od wspinaczki […]. Jeśli chodzi stricte o Himalaje, to mam za sobą pierwszą konsultację z Jarkiem Zdanowiczem, naszym białostockim himalaistą, który jest w ogóle świetnym człowiekiem. Odpowiedział mi na mnóstwo pytań, rozwiał wątpliwości i trochę skorygował moje wyobrażenie na temat gór. W międzyczasie też jeżdżę na wyprawy z Polskim Związkiem Alpinizmu.

– Rozważasz może wsparcie psychologiczne?

– Póki co nie. Mam do kogo pójść i zapytać „A co jeśli… (coś tam)?” – krótka pauza. – Prawdopodobnie, jeśli któryś z zaznajomionych wspinaczy mi powie, że warto skorzystać z pomocy psychologa sportowego, to to zrobię. Całe moje przygotowanie skupia się na słuchaniu rad ludzi mądrzejszych ode mnie i wdrażaniu wskazówek od nich do życia.

– To jest też bardzo indywidualna kwestia, na każdego działa co innego i nie wszyscy są gotowi na pracę z psychologiem. Niektórym wystarczy szczera rozmowa z samym sobą.
– Jak najbardziej. Ja też medytuję i bardzo mi to pomaga, wycisza. Do takiego stopnia, że wiele osób patrząc na mnie z boku myśli, że się w ogóle nie stresuję, bo tego po mnie nie widać – a zapewniam, że też się stresuję! – uśmiech. – No, ale ta medytacja jednak dużo pomaga w momentach, gdy trzeba zrobić jakąś bardziej ekstremalną rzecz czy pokonać trudniejszy technicznie odcinek.

– To świetnie – jestem pewna, że pomoże Ci to w jakimś stopniu na Evereście. Powiedz mi, jak jesteś nastawiony na jedzenie podczas ataku?
– Jedzenie na Evereście to bardzo ciekawa sprawa. Zacznę od tego, że tam na górze jest bardzo duże zapotrzebowanie na kalorie. Wiadomo, na miejscu będziemy mieć zapewnione posiłki, ale mimo to planuję zabrać trochę ze sobą. Trzeba jednak uważać z ciężarem, ponieważ za nadbagaż trzeba dopłacać niemałe pieniądze. Poza tym, nie warto targać ze sobą dużo jedzenia… przekonałem się o tym podczas pierwszej wyprawy, na którą wziąłem ze sobą puszki konserwowe, co było bardzo głupie – bo konserwy są bardzo ciężkie. Dźwiganie ich na plecach nie jest praktyczne, więc szybko je zastąpiłem – i fajnie, że już na początku swojej przygody się o tym dowiedziałem.

– Trzeba się uczyć na błędach – najważniejsze, że wyciągnąłeś z tego lekcję.

– Ogólnie myślę, że jedzenie nie stanowi dla mnie problemu. Jak rozmawiam z himalaistami, to słyszę o tym, że oni potrafią się nie myć na przykład przez 50 dni – i to jest dla mnie taką odskocznią od normalności, chociaż myślę, że na pewno przez dwa miesiące w Himalajach parę razy pomyślę o polskich pierogach.

– Każdy ma swój czuły punkt. Higiena to z pewnością przywilej, którego odebranie wiąże się z dużym obciążeniem psychicznym. W końcu na Evereście można korzystać tylko z chusteczek nawilżanych, ponieważ prysznic byłby ogromnym ryzykiem poważnego zachorowania.
– Niestety będzie trzeba przesunąć granicę swojego komfortu, ale zdążyłem się już z tym pogodzić – Marcin wzrusza ramionami.

– Jasne. Mówiłeś o przygotowaniach… Jakie wyprawy masz w planach? Czy przed atakiem na Everest wybierasz się na inną himalajską górę?
– Za 3 tygodnie jadę na Monte Rosę, tam jest parę szczytów, chyba osiem razy 4 tysiące [m n.p.m.]. Później jest Elbrus [najwyższy szczyt Kaukazu, 5642 m n.p.m.] i Kazbek [5054 m n.p.m.], no i takim największym sprawdzianem przed Everestem będzie Ama Dablam [6812 m n.p.m., Himalaje].

– Och, wow, planujesz Ama Dablam!
– Tak, wchodzę na nią na przełomie października i listopada tego roku. Technicznie jest to dość trudna góra, więc myślę, że to będzie idealne zwieńczenie moich przygotowań.

– Wielu fanów wysokogórskich ekspedycji uważa, że Ama Dablam to góra, która wykańcza ludzi fizycznie, podczas gdy Everest jest bardziej wyzwaniem dla umysłu i oczywiście płuc. Jak do tego podchodzisz?
– Jak powiedział Mike Tyson: „Więcej krwi na treningu, mniej na walce.” – nasze podejście wiele się nie różni. Robię wszystko, by Everest mnie nie zaskoczył – przygotowania są głównie ukierunkowane na kondycję, klimatyzację do himalajskich warunków i opanowanie tętna podczas wysiłku. Do tego dochodzi ścisła dieta i wiele innych wyrzeczeń.

– Pocieszające jest to, jak poważnie podchodzisz do swojej przygody. Everest nie jest wyzwaniem dla każdego.
– Wiesz, ja nikogo nie oszukuję – nigdy nie będę himalaistą. Nawet jak wejdę na Everest, dalej będę turystą. Jak ktoś mówi, że wchodził bez tlenu, bez szerpy, bez poręczówek – to jest prawdziwy himalaizm i dla mnie na dzień dzisiejszy takie zdobycie szczytu jest abstrakcją.

– A jeszcze są ataki zimowe – to jest dopiero kosmos!
– No tak, wtedy temperatury sięgają minus 50 stopni. Pogoda odgrywa ogromną rolę w zdobywaniu Everestu, dlatego tak popularne są wejścia majowe, choć i wtedy jest mróz.

– Tak, jeszcze trzeba uważać na słońce, które odbija się od śniegu. Czytałam o przypadkach silnych poparzeń słonecznych w Himalajach.
– Generalnie, jak masz słońce i śnieg – to nie ma większego znaczenia, czy jest lato czy zima, trzeba na nie uważać. Ja na przykład a propos tego słońca, nauczyłem się już, że SPF 50 to konieczność. Podczas jednej wyprawy mój znajomy go nie użył i potem pękała mu skóra na nosie, a z ran sączyła się ropa.

– Należy pamiętać też, że Himalaje to zupełnie inny klimat. Tam jest sucho, więc nie tylko łatwiej o takie pęknięcie, ale też dużo trudniej będzie je wyleczyć.
– To zdecydowanie.

– Marcin – mówię po krótkiej pauzie. – Wiem, że planujesz wejście z tlenem, przy asyście szerpy. Mówiłeś też o tym, że zamierzasz udokumentować cały atak szczytowy. Czy myślisz, że jeden szerpa wystarczy?
– Założenie jest takie, żeby był jeden szerpa „standardowy” i jeden w roli kamerzysty. Bardzo chciałbym, żeby ten plan się powiódł, ponieważ samodzielne nagrywanie byłoby wręcz niemożliwe. Tam nosi się nawet 3 pary rękawiczek, a zdjęcie ich na kilka minut grozi odmrożeniami.

– Tak byłoby też najlepiej dla Ciebie w kontekście samego wchodzenia na Everest. W takim składzie każdy ma swoje zadanie, a Twoje ogranicza się do przeżycia i stawiania kolejnych kroków ku szczytowi.
– No wiadomo, coś tam trzeba pogadać do kamery, żeby ludziom taką relację dobrze się oglądało – odpowiada z uśmiechem Marcin.

– Wejście na Everest to koszt kilkuset tysięcy złotych. Czy udało Ci się pozyskać już jakichś sponsorów? – Zagaduję.
– Jeśli chodzi o podpisanie umowy, to jeszcze do tego nie doszło, ale kilka firm już się ze mną w tej sprawie kontaktowało i rozmowy trwają. Oficjalnie jeszcze nie ogłosiłem swojego przedsięwzięcia, póki co podzieliłem się tą informacją tylko na Spotkaniu Przedsiębiorców. Mówiąc językiem biznesowym, jeszcze nie domknąłem sprzedaży – mój rozmówca uśmiecha się w moją stronę – ale już idziemy w dobrym kierunku.

– Na moment, kiedy rozmawiamy, nie minął jeszcze miesiąc od zapowiedzi Everestu, więc na spokojnie, przyjdzie jeszcze na to czas. Cieszę się, że już powoli wszystko ruszyło.
– Zaraz startujemy też z kanałem na YouTube, na który będziemy wrzucać filmy z przygotowań, treningów i zdobywania kolejnych szczytów.

– Świetny pomysł. Jak będzie nazywał się kanał?
– Tak, jak mówię o tej wyprawie – „Przygoda”. Od początku podchodzę do tego właśnie w ten sposób. Dla mnie, laika, wejście na Mount Everest to największa przygoda mojego życia.

– Oczywiście Twoje poczynania można śledzić również na Instagramie, @marcinradzaj, prawda?
– Tak, tam zdecydowanie będzie więcej relacji i zamierzam publikować je bardziej na bieżąco. Jeśli ktoś będzie miał ochotę, będzie też możliwość wsparcia mnie za pośrednictwem Patronite.

– Z chęcią dołożę cegiełkę do Twojego sukcesu i będę Ci kibicować przez całą drogę. Nie sposób jednak pominąć, że Everest jest nazywany „górą śmierci”. Czy załatwiłeś już sprawy notarialne na wypadek śmierci?
– Generalnie teraz sprzedałem mieszkanie – Marcin rzucił to tak lekko, że oboje się roześmialiśmy. – Także jeśli chodzi o mój majątek, na dzień dzisiejszy pozostaje samochód. Ale tak zupełnie szczerze, nie krępuje mnie temat śmierci. Jak rozłożymy na czynniki pierwsze to, co może mi się przydarzyć, to są rzeczy, na które mamy wpływ, ale też takie, na które kompletnie nie mamy wpływu.
Na przykład lawina – to sobie porównuję do wypadków na pasach. Nie wiem, czy to dobre porównanie, na razie w mojej głowie to działa – Marcin zaczyna się śmiać. – Uspokaja mnie to i odpędza te myśli. Z kolei jeśli złapie mnie obrzęk płuc, no to już jest ciężko. Obrzęku płuc ani mózgu nie chcemy. One są niestety częstsze, niż by się wydawało, bo na Evereście wystarczy lekkie przeziębienie lub przewianie. Dlatego już teraz ustawiam sobie mental na to, że nawet jak będzie mi gorąco, to nie będę się ze wszystkiego rozbierał.

Może mnie też złapać choroba wysokościowa… no i wtedy mówi się trudno. Przygotowuję się najlepiej jak mogę, żeby jej uniknąć, ale nie przewidzę, jak mój organizm zareaguje na wysokości ponad 6000 m n.p.m. Warto tu podkreślić, że nie zależy mi na tym, żeby za wszelką cenę zdobyć szczyt.. Uważam, że mam do zrobienia jeszcze wiele [większych] rzeczy, a Everest jest póki co takim bardziej przyziemnym celem.

– Przyziemnym! Everest! – wytrzeszczyłam oczy w śmiechu. 

Marcin tylko się zaśmiał. – Haha. No tak do tego podchodzę. Dzięki treningom wiem, że ta przygoda jest coraz bardziej realna.

– W takim razie życzę Ci powodzenia, a czytelników zachęcam do śledzenia Twojej osoby na instagramie! Dziękuję za rozmowę, Marcin – szczerze się cieszę.
– I ja Tobie również dziękuję – Marcin kiwa głową i odwzajemnia mój uśmiech.