nieruchomoscipodlaskie.pl

Króliczki, koszyczki i inne wielkanocne kontrowersje

Wielkanoc na Podlasiu – jakie dawne tradycje zostały przy stole, a co odeszło razem z dziadkami?

Trudno nie lubić Wielkanocy. Przychodzi w momencie, gdy zima na dobre odpuszcza, a powietrze pachnie świeżością i pieczonym mięsem. Przy stole zasiadają pokolenia, które przez resztę roku ledwie znajdują czas na telefon. Na Podlasiu, gdzie tradycja religijna i ludowa splatają się szczególnie gęsto, Wielkanoc od zawsze była czymś więcej niż tylko świętami. To czas pełen zwyczajów i tradycji, które chętnie pielęgnujemy do dzisiaj – choć nie wszystkie zdołały przetrwać. Część z nich odeszła wraz z pokoleniem dziadków i została zastąpiona nowymi, nowoczesnymi odpowiednikami.

Wielki Post, czyli moment przemiany

Wielkanoc na Podlasiu zaczynała się niegdyś na długo przed Niedzielą Zmartwychwstania. Właściwie zaczynała się od Środy Popielcowej – gdy proboszcz posypywał głowy wiernych popiołem, a z kuchni znikały ostatnie kawałki mięsa. Post w podlaskich domach był bowiem surowo przestrzegany – nie jako dieta, ale coś, co nadawało rytm całym tygodniom przed świętami.

Starsze kobiety wspominają, że w domach ich matek w czasie Wielkiego Postu nie gotowało się mięsa, nie jadło nabiału w piątki, a w Wielki Piątek często nie jadło się nic do obiadu. Nie dlatego, że tak kazał ksiądz (choć z pewnością było to częściowo powodem) – ale dlatego, że tak się robiło, odkąd pamiętały. Post był też czasem porządków. Wielkie pranie, bielenie izb, czyszczenie każdego zakamarku – dom miał być gotowy na święta nie tylko duchowo, ale także fizycznie. W wielu wsiach regionach mówiono, że kto nie wysprząta domu przed Wielkanocą, ten cały rok będzie miał bałagan.

Dziś Wielki Post przeżywa coś w rodzaju renesansu, ale zupełnie innego. Poszczą Ci, którzy na co dzień dbają o dietę – i głównie traktują ten czas jako detoks, a nie praktyka religijna. Dawny sens postu odszedł razem z tamtymi pokoleniami. Za to w mediach społecznościowych co roku w Wielkim Tygodniu toczy się ta sama dyskusja: czy weganin przestrzega postu, skoro nie je mięsa przez cały rok? I czy kawa to napój, czy pokarm – a więc czy wolno ją pić przed Komunią? Pytania, które brzmiałyby absurdalnie dla babci poszczącej w ciszy przez sześć tygodni, dziś zajmują całe wątki na forach i rodzinnych obiadach.

Wierzba zamiast palmy?

Niedziela Palmowa to jedno z nielicznych świąt, przy których Podlaskie ma wyraźnie własne oblicze. W kościołach całej Polski wierni przynoszą palmy – kolorowe, ozdobne, nierzadko kupione przy wejściu do kościoła od ulicznych sprzedawców. Na Podlasiu – przynajmniej na wsiach – długo palmę zastępowała gałąź wierzby z baziami.

Nie było to ubóstwo wyobraźni. Wierzba to drzewo, które jako pierwsze budzi się do życia po zimie – wcześniej niż cokolwiek innego. Bazie na wierzbie to pierwszy sygnał, że nadchodzi wiosna. Przyniesienie jej do kościoła i poświęcenie miało swoje uzasadnienie – zarówno przyrodnicze, jak i symboliczne. Poświęcona wierzbina wracałą potem do domu i przez rok wisiała za obrazem lub w kącie izby. Nie wyrzucano jej aż do następnego roku, gdy palono ją przed kolejną Niedzielą Palmową.

Część rodzin z podlaskich wsi nadal przynosi gałęzie wierzbowe. Coraz więcej osób kupuje jednak gotowe palmy – często piękne, ozdobione suszonymi kwiatami i bibułą. Tradycja jest ciągle żywa, tylko zmieniła formę.

Przy okazji Niedzieli Palmowej warto także wspomnieć o zwyczaju, który zanikł prawie całkowicie: uderzaniu poświęconą gałązką domowników. Ten symboliczny zwyczaj miał przynieść członkom rodziny zdrowie i szczęście.

Wielki Tydzień w kuchni

Wielka Sobota w podlaskim domu pachniała tak, jak żaden inny dzień w roku. Jeszcze w czwartek lub piątek zaczynało się gotowanie żurku – na zakwasie, który wymagał kilku dni przygotowania (wielkanocny żurek z torebki był, jest i będzie czymś niedopuszczalnym). Schab lub szynka lądowały w piekarniku. Babki drożdżowe wyrastały przez noc.

W wielu domach na Podlasiu przygotowywano też potrawy, których próżno szukać w ogólnopolskich przepisach świątecznych. Śledź w różnych odsłonach, który podczas postu był podstawą diety, wracał na świąteczny stół w bardziej odświętnej formie – marynowany z cebulą i śmietaną. W domach z tradycjami białoruskimi oraz ukraińskimi, królowały hreczniaki, czyli kiszka gryczana.

Koszyczek – tradycja, która przeżyła wszystko, ale nieustannie wywołuje spory

Jest taki jeden zwyczaj, który oparł się wszystkiemu – urbanizacji, zmianom pokoleniowym, sekularyzacji – i ciągle ma się znakomicie. Mowa oczywiście o święceniu koszyczka w Wielką Sobotę… które co roku staje się źródłem najgorętszych dyskusji.

Spór numer jeden brzmi: co wolno włożyć do koszyczka? Teoretycznie odpowiedź jest prosta – pokarmy, które będą spożywane przy świątecznym śniadaniu. W praktyce jednak każde środowisko ma swoje zasady, a różnice bywają zaskakujące. Jedni twierdzą bowiem, że koszyczek powinien zawierać tylko i wyłącznie produkty naturalne, nieprzetworzone. Inni bez mrugnięcia okiem wkładają do niego kupne ciasto i czekoladowe zające. Proboszczowie z różnych parafii mają własne zdania na ten temat – i nie zawsze pokrywają się one z tym, co mówi tradycja albo co wynika z własnego uznania.

Klasyczny skład koszyczka to chleb lub babka, gotowane jajka, biała kiełbasa, chrzan, sól i masło uformowane w baranka. Mimo to granice tego, co dopuszczalne, rozciągają się z roku na rok coraz bardziej. W ostatnich latach mówiono o licznych kontrowersjach: owocach egzotycznych, serach dojrzewających, a nawet słodyczach dla dzieci – czekoladowych króliczkach i barankach. Starsze pokolenie widząc takie ,,kwiatki” w koszyczkach, kręci nosem. Młodsze wzrusza ramionami, a ksiądz… zazwyczaj święci bez komentarza, bo kolejka jest długa.

Drugim sporem, który co roku wraca ze zdwojoną siłą w mediach społecznościowych jest temat alkoholu. Choć nalewka, wino, a nawet wódka pojawiały się w koszyczkach od wieków – po to, żeby świąteczny toast był poświęcony – część duchownych zastanawia się, czy rzeczywiście jest to stosowne. Na forach internetowych temat ten regularnie zbiera setki komentarzy, podzielonych mniej więcej po połowie.

Spór numer trzy jest najnowszy i bodaj najbardziej zaskakujący: co z wegańskim świętowaniem? Czy można zanieść do święcenia koszyczek bez kiełbasy, z hummusem lub innym wegańskim odpowiednikiem? Pytanie nie jest akademickie – parafianin pozostających przy diecie wegańskiej przybywa, a odpowiedzi proboszczów są różne. Kościół oficjalnie godzi się na takie rozwiązanie – choć babcia może mieć w tym temacie inne zdanie.

W Wielką Sobotę do kościołów stoją kolejki. Nie tylko wiernych, którzy regularnie przychodzą z wizytą, ale także tych, którzy odwiedzają dom boży raz do roku… właśnie po to, aby poświęcić koszyczek na Wielkanoc. To rytuał, który ludzie pielęgnują niezależnie od swojego stosunku do religii – bo inaczej święta nie mają sensu. Liczne debaty o jego zawartości mogą stanowić najlepszy dowód na to, że ten zwyczaj jest jak najbardziej żywy.

Śmigus-dyngus – zwyczaj czy zabawa, która umiera?

Lany Poniedziałek, czyli Śmigus-dyngus, to zwyczaj, przy którym emocje wciąż są żywe – tyle, że coraz częściej po stronie tych, którzy go nie lubią, niż oblewających.

Na Podlasiu, podobnie jak w całej Polsce, oblewanie wodą w Poniedziałek Wielkanocny było przez wieki czymś oczywistym. Chłopcy oblewali dziewczyny, chłopców sąsiedzi, a sąsiedzi – sąsiadów. W wiejskich społecznościach był w tym element zalotności, trochę zabawy, a nawet szczypta rytuału płodności – woda symbolizowała oczyszczenie i życie.

Dziś Śmigus-dyngus w swoim tradycyjnym wydaniu kurczy się do wiosek i małych miasteczek. W Białymstoku i innych miastach regionu przetrwał raczej w łagodnej, domowej formie – sikawka wodna w ogrodzie, kubek wody wylany na kogoś bliskiego w towarzystwie chichotu i ucieczki. Agresywne oblewanie na ulicy, które jeszcze 15 lat temu było normą w wielu miejscach, coraz rzadziej uchodzi za zabawę, a coraz częściej za natręctwo.

I tu pojawia się coroczny spór, który w ostatnich latach nabrał nowego wymiaru. Część komentatorów – szczególnie aktywnych w mediach społecznościowych – przekonuje, że oblewanie nieznajomych kobiet na ulicy nigdy nie było niewinną tradycją, tylko formą nękania, za którą zawsze kryło się przyzwolenie na naruszanie czyichś granic. Inni odpowiadają, że to przewrażliwienie i odbieranie dzieciom radości. Między tymi stanowiskami toczy się spór, który daleko wykroczył poza wielkanocną obrzędowość i stał się częścią szerszej dyskusji o granicach i szacunku.

Co ciekawe, to właśnie dzieci najżarliwiej bronią tego zwyczaju. Dla nich Poniedziałek Wielkanocny to wciąż ten dzień, gdy wolno trochę więcej niż zwykle – i pewnie właśnie dlatego Śmigus-dyngus przeżyje jeszcze niejedno pokolenie, choć zapewne w coraz łagodniejszej formie.

Pisanki wracają

Jeśli jest choć jeden wielkanocny zwyczaj, który przeżywa prawdziwy renesans – nie nostalgiczny, ale żywy i realny – to właśnie pisanki.

Zdobienie jajek na Wielkanoc to tradycja stara jak samo chrześcijaństwo w Polsce, a na Podlasiu ma także swoje własne, regionalne oblicze. To właśnie tu narodziła się technika batikowa, polegająca na nakładaniu wosku i barwieniu skorupek w kolejnych kolorach. Podlaskie pisanki bywały geometryczne, z wzorami zaczerpniętymi prosto z haftu ludowego – te same motywy, które zdobią białostockie wycinanki, lądowały na jajku.

Przez dekady PRL-u i transformacji pisanki powoli znikały ze stołów. Zastępowały je plastikowe folie termokurczliwe z nadrukiem baranka lub koszyczka wielkanocnego. Dziś sytuacja się odwraca. Warsztaty pisankowe wyprzedają się na tygodnie przed Wielkanocą. Muzea i domy kultury w całym regionie organizują spotkania, na których można nauczyć się tradycyjnych technik. I co ważne – przychodzą na nie nie tylko seniorzy i dzieci w ramach wycieczki szkolnej, ale też trzydziestolatkowie, którzy chcą zrobić coś oryginalnego i własnego.

To jeden z piękniejszych przykładów tego, jak tradycja potrafi powrócić – dlatego, że ludzie za nią tęsknili. Choć i tu nie brakuje sporów – w końcu nasz naród słynie z podziałów i kłótni o słuszność swoich racji. Które pisanki są ,,prawdziwe”, a które są zwyczajną ozdobą? Czy zdobienie jajek farbą z Action to robienie pisanek, czy jakiś nowy wymysł? To pytanie pozornie błahe, ale świadczące o tym, że tradycja jest ciągle żywa – bo te martwe nie wywołują kłótni.

Rezurekcja – msza, która wciąż gromadzi tłumy

Rano w Niedzielę Wielkanocną, jeszcze przed wschodem słońca lub tuż przy nim, dzwony kościołów na całym Podlasiu zaczynają bić. To rezurekcja – msza ogłaszająca zmartwychwstanie, najstarsza i najważniejsza liturgia świąt. W miastach odprawiana jest zwykle o szóstej rano, na wsiach zdarza się, że parafie wyprawiają ją jeszcze wcześniej.

Kto choć raz był na rezurekcji w podlaskiej wiosce wie, że to osobliwy widok. Procesja z lampionami Chrystusa Zmartwychwstałego obchodzi kościół trzy razy, ksiądz intonuje pieśni wielkanocne, wierni odpowiadają – i choć na zewnątrz jest jeszcze zimno, a trawy są wciąż mokre od rosy, jest w tym coś trudnego do opisania. Poczucie, że coś się jednocześnie kończy i zaczyna.

Rezurekcja jest jedną z tych mszy, na których kościoły są pełne nawet w parafiach, gdzie na zwykłą niedzielną eucharystię przychodzi ledwie pół kościółka. To msza, na którą chodzi się nie tylko z wiary, ale i z tradycji oraz powodów, które ciężko nazwać. Nawet ci, którzy przez resztę roku deklarują luźny stosunek do religii, często przyznają, że na rezurekcję jakoś idą. Na pytanie dlaczego, odpowiedzi bywają różne – bo mama chodziła, bo tak wypada, bo lubię tą atmosferę. To chyba uczciwe.

To, co zostało

Wśród tradycji, które przetrwały dotychczasową próbę czasu, znajdziemy same autentyki – nie do zastąpienia żadnym sklepowym odpowiednikiem. Odeszło to, co wymagało prawdziwej wspólnoty. Post przestrzegany wspólnie przez całą wieś, dyngus jako radosne spotkanie z kimś, kogo znamy od dziecka.

No i coroczne kłótnie: coś, co naprawdę sprawia, że tradycje pozostają żywe. Wielkanoc, którą dziś świętujemy, różni się od tej sprzed 50-ciu lat. I dobrze – bo dzięki temu pozostaje w zgodzie z dzisiejszymi ludźmi.